Jak ograniczyć nierówności

26.03.2012

 

Jak ograniczyć nierówności

Czas na płacę maksymalną?

 

Sam Pizzigati*

*Wykładowca Institute for Policy Studies w Waszyngtonie, wydawca pisma Too Much i autor książki The Rich Don’t Always Win, Seven Stories Press, Nowy Jork 2012.

 

Radykałowie w Stanach Zjednoczonych już 100 lat temu jasno wyartykułowali postulat dochodu maksymalnego, zaprowadzonego dzięki progresji podatkowej i mającego zapewnić, by bogaci nie zdobywali zbyt łatwo wpływów politycznych, jak też ograniczyć nierówności społeczne.

 

Ruch Occupy Wall Street nie wzniósł dotąd żądania ustanowienia górnego progu dochodów indywidualnych, lecz najprawdopodobniej to uczyni. Poczynając od „złotego wieku” po zakończeniu wojny domowej, w trakcie wielkich walk o sprawiedliwość społeczną w Stanach zawsze pojawiały się żądania ustanowienia takiego progu, znanego dziś jako „płaca maksymalna”. To nie tylko górny próg wysokości wypłaty, lecz całego rocznego dochodu; sam termin zaś wywodzi się od powszechnie znanej koncepcji „płacy minimalnej”.

 

Pierwszą poważną propozycję płacy maksymalnej sformułował w Ameryce filozof Felix Adler, znany dziś jako założyciel i lider Narodowego Komitetu ds. Pracy Dziecięcej, działającej na początku XX wieku grupy nacisku, prowadzącej kampanię na rzecz skończenia z wyzyskiem najmłodszych. Uważał on, że wyzysk robotników, zarówno młodych jak i starych, generuje prywatne fortuny, wywierające „wpływ korupcyjny” na polityków w Stanach Zjednoczonych. Aby położyć temu kres, zaproponował gwałtownie wzrastające progi podatku dochodowego – aż do progu 100%, „gdy osiągnięta zostaje określona wysoka i hojna suma, w pełni wystarczająca by zapewnić wszelki komfort i prawdziwie wytworne życie”. [1]

 

Za sprawą New York Times apel Adlera został szeroko nagłośniony, lecz idei tej nie przekuto w konkretną formułę prawną aż do czasów I wojny światowej, gdy postępowcy zażądali obłożenia stuprocentowym podatkiem wszelkich dochodów powyżej 100 tys. dolarów, co miało pomóc w sfinansowaniu działań wojennych. Stojąca za tym grupa nacisku, Amerykański Komitet ds. Wydatków Wojennych, zdołała stworzyć w całym kraju sieć 2 tys. ochotników oraz umieścić w gazetach ogłoszenia, pod którymi czytelnicy mogli się podpisać, deklarując, że „popierają szybkie uchwalenie” najśmielszej propozycji podatkowej, jaką kiedykolwiek wysunęło jakiekolwiek ugrupowanie polityczne w Stanach. Domagano się ustalenia nieprzekraczalnego limitu dochodów, „rekwizycji bogactwa”.

 

Szef komitetu, nowojorski prokurator Amos Pinchot, stwierdził: „Jeśli rząd ma prawo skonfiskować życie człowieka dla dobra publicznego, to jasne jest, że powinien mieć prawo skonfiskować w tym samym celu mienie innego człowieka”. Podczas późniejszego wysłuchania na forum Kongresu wskazał, że w rękach 2% Amerykanów znajduje się 65% bogactwa kraju. „Ani Stany Zjednoczone, ani żaden inny kraj nie jest zdolny prowadzić wojny, która będzie bezpieczna dla demokracji i plutokracji jednocześnie” – mówił Pinchot parlamentarzystom. – „Jeśli wojna służy Bogu, nie może służyć Mamonie”. [2]

 

Zmiana dyskursu

 

Pinchot i związani z nim postępowcy nie zdołali przeforsować projektu. Lecz ich kampania zdołała do końca wojny doprowadzić do całkowitej zmiany tonu dyskursu politycznego w Stanach Zjednoczonych na temat podatków – najwyższy próg podatkowy, dla dochodów przekraczających milion dolarów, wynosił jedynie 7% w 1914 r., lecz już 77% w 1918 r.

 

Nagonka na „czerwoną zmorę”, trwająca w Stanach Zjednoczonych po I wojnie światowej, szybko rozwiała nadzieje postępowców na bardziej egalitarny kraj – i otworzyła drzwi prawicowej reakcji politycznej, za sprawą której stał się on na powrót ostoją plutokracji. Koncentracja dochodów i bogactwa postępowała w latach 20. w szaleńczym tempie, zaś w Kongresie zarówno Demokraci jak i Republikanie twardo opowiadali się za obniżeniem podatków najbogatszym. W 1925 r. żaden dochód przekraczający 100 tys. dolarów nie był już obłożony podatkiem wyższym niż 25%.

 

Sprawy uległy zmianie za sprawą kryzysu w 1929 r., który nieomal doprowadził do załamania gospodarki. Do 1933 r. na bezrobociu znalazło się 25% robotników, i można było na nowo usłyszeć wezwania do zaprowadzenia górnego progu dochodów. Obdarzony darem wymowy młody senator ze stanu Luizjana, Huey P. Long, zmobilizował ruch Share Our Wealth, który rozlał się na cały kraj, domagając się zaprowadzenia górnego progu dochodów indywidualnych w wysokości 1 miliona dolarów (co odpowiada 15 mln dolarów w 2010 r.) oraz progu 8 mln dolarów dla indywidualnych net worth.

 

Prezydent Franklin Delano Roosevelt próbował w czerwcu 1935 r. przejąć pałeczkę od Longa, rozwścieczając korporacyjną Amerykę i najgrubsze portfele w kraju projektem podatkowym „soak the rich”, w wyniku którego w drugiej połowie roku podniesiono najwyższy próg podatkowy dla dochodów powyżej 5 mln dolarów (78 mln dolarów w 2010 r.) do 79%. Za sprawą tego manewru – oraz zabójstwa Longa w sierpniu 1935 r. – sprawa górnych progów dochodowych zniknęła z pola widzenia. Pojawiła się na nowo w kwietniu 1942 r.: z inspiracji związków zawodowych, Roosevelt wezwał do zaprowadzenia górnego progu dochodów w czasie wojny w wysokości 25 tys. dolarów rocznie (350 tys. w 2010 r.). W 1944 r. Kongres wyśrubował najwyższy próg podatkowy dla dochodów powyżej 200 tys. dolarów do rekordowych 94%.

 

Przez następne 20 lat górny próg podatkowy w Ameryce oscylował w granicach 90%, aż za czasów Lyndona Johnsona ograniczono go do 70%. W okresie prezydentury Ronalda Reagana, najwyższy próg podatkowy obniżono w 1981 r. do 50%, następnie zaś, w 1988 r., do 28%. Obecnie najwyższa stawka wynosi 35%. Na jej podstawie można jednak przeszacować brzemię podatkowe najbogatszych Amerykanów: znaczna część ich dochodów to zyski z obrotów kapitałowych – kupna i sprzedaży akcji, obligacji i innych papierów wartościowych – które są opodatkowane na poziomie jedynie 15%. 400 najlepiej zarabiających podatników w 2008 r. mogło pochwalić się dochodem w wysokości średnio 270,5 mln dolarów. Zapłacili jedynie 18,1% tej sumy, wykorzystując wszelkie możliwe luki w federalnym systemie podatkowym. W 1955 r. zyskali średnio 13,3 mln dolarów (przeliczając na dzisiejsze pieniądze) i zapłacili z tego 51,2% podatku.

 

Prawdziwa „płaca maksymalna”

 

Dzisiejsi następcy Adlera, Pinchota i Longa bardziej skupiają się na przedsiębiorczości niż na podatku dochodowym. Opowiadają się za tym, by władze Stanów Zjednoczonych – lokalne, stanowe i federalne – wykorzystały siłę portfela publicznego, uniemożliwiając napływ pieniędzy z podatków do korporacji, które wypłacają swym najwyższym menedżerom wielokrotności zarobków robotników. Niemal każda większa korporacja w Stanach zależy dziś od pieniędzy podatników. Przedsiębiorstwa otrzymują je, wykonując kontrakty rządowe, w ramach subsydiów na rozwój ekonomiczny czy wreszcie pośrednio, dzięki ulgom i preferencjom podatkowym. Żadne pieniądze z kieszeni podatników nie powinny zasilać tych korporacji, które płacą swym menedżerom ponad dziesięciokrotnie więcej aniżeli robotnikom. [3] „Obecnie rząd federalny odmawia podpisania kontraktów z przedsiębiorstwami, które stosując praktyki dyskryminacyjne, doprowadzają do zwiększania nierówności rasowych czy płciowych w Stanach Zjednoczonych” – czytamy w raporcie Instytutu Studiów Politycznych w Waszyngtonie. – „Należy odwołać się do tej samej zasady, odmawiając kontraktów przedsiębiorstwom, które przez nadmierne wypłaty dla kadry menedżerskiej doprowadzają do zwiększenia nierówności ekonomicznych w kraju”. [4]

 

Ostatecznym celem jest zaprowadzenie dzięki progresywnemu podatkowi dochodowemu realnej „płacy maksymalnej”, odniesionej do płacy minimalnej – dokładnie tak jak ponad sto lat temu proponował Adler. Płaca maksymalna stanowić ma określoną wielokrotność płacy minimalnej i wszelki dochód powyżej tej wielokrotności powinien być obłożony stuprocentowym podatkiem. Stanowiłoby to bodziec i czynnik sprzyjający budowie ekonomii solidarności: najbogatsi w społeczeństwie mieliby określony interes w pomyślności osób dysponujących najmniejszym bogactwem.

 

Nim nastał Occupy Wall Street, była to fantazja polityczna. Tak już nie jest. Znakiem naszych zmiennych czasów pozostaje artykuł, jaki ostatnio opublikowali w New York Times dwaj szanowani amerykańscy uczeni – profesor prawa na Uniwersytecie w Yale i ekonomista na Uniwersytecie w Berkeley – wypowiadając się w nim przekonująco na rzecz reformy podatkowej, która ograniczy średnie dochody 1% najbogatszych Amerykanów do 36-krotności mediany dochodów w kraju. [5] Dziś uznajemy za oczywistość ideę płacy minimalnej. Czemu inaczej ma być z płacą maksymalną?

 

tłum. Paweł Michał Bartolik.

 

Przypisy:

(1) Felix Adler, “Social Reform: Proposing a System of Grand Taxation”, The New York Times, 9 luty 1880.

(2) The Public: an International Journal of Fundamental Democracy, Nowy Jork, 28 wrzesień 1917.

(3) Major corporate CEOs are currently averaging 325 times the average US weekly wage.

(4) “Executive Excess 2007: the Staggering Social Cost of US Business Leadership”, 14th Annual CEO Compensation Survey, Institute for Policy Studies, Washington DC, 29 sierpień 2007.

(5) Ian Ayres and Aaron Edlin, “Don’t Tax the Rich. Tax Inequality Itself”, The New York Times, 18 grudzień 2011.

Wybory