Nim przyjdą chłopcy z pochodniami...

16.05.2013

 

Nim przyjdą chłopcy z pochodniami...

 

Jeżeli my wszyscy nie zaangażujemy się w rodzący się ruch protestu, beneficjentem będzie PiS

 

Bogusław Ziętek, szef Wolnego Związku Zawodowego "Sierpień 80", były przewodniczący Polskiej Partii Pracy w rozmowie z tygodnikiem "Przegląd" nr 20/2013

 

 

1 maja zrezygnował pan z przewodniczenia Polskiej Partii Pracy-Sierpień 80.  Dlaczego?

Ponieważ to, co się dzieje na lewicy, jest bezwartościowe programowo. Lewica jest bezpłodna. Marnuje czas i potencjał, tocząc bezsensowne spory personalne: kto i gdzie będzie 1 maja, kto i gdzie będzie 16 czerwca. A to nikogo nie obchodzi. Natomiast programowo nie ma nic do zaproponowania ani wyborcom, ani społeczeństwu. Jest martwa. Udział w tego typu przepychankach nie ma żadnego znaczenia. Wszystkie ideowe środowiska lewicy zostały zmarginalizowane albo zniszczone. Te, które pozostały, są bezideowe. Nie ma w nich żadnego życia. Z szumem przygotowywany kongres programowy lewicy bardziej przypomina galerię figur woskowych Madame Tussaud niż rzeczywiście programową imprezę, na której urodzi się coś wartościowego dla społeczeństwa.

 

Przecież nie od dzisiaj ta lewica jest jałowa. Skąd zatem rezygnacja akurat

teraz?

Nadzieje na to, że będzie inaczej, runęły. Za chwilę będziemy mieli kolejny tour wyborczy do Parlamentu Europejskiego, do samorządów, do parlamentu krajowego, gdzie lewica zostanie zmarginalizowana. Będzie tylko światłem odbitym partii głównego nurtu, PiS i PO. Wybory wygra Kaczyński, a lewica dalej będzie toczyć między sobą śmiertelny bój o to, kto jest ważniejszy na skraju tego marginesu. Moje środowisko ma ogromne dokonania, jeśli chodzi o kwestie programowe. Te zawsze były dla nas najważniejsze. My się obroniliśmy w tej sprawie.

 

W jaki sposób, bo jednak wciąż działa pan na marginesie oficjalnego nurtu

lewicy?

Przedstawialiśmy ważne społecznie kwestie programowe. Związane z umowami śmieciowymi, które są dziś zmorą młodego pokolenia. Z obroną praw i interesów pracowniczych bądź z wykluczeniem społecznym. Proponowaliśmy stworzenie specjalnych programów dla ludzi z terenów objętych szczególnym zagrożeniem: ubóstwem, bezrobociem, beznadzieją. Programów, które traktują politykę społeczną państwa jako inwestycję w rozwój, a nie zbędny koszt. Chroniących miejsca pracy, likwidujących bezrobocie, dających szanse na rozwój ludziom młodym, pozostającym na krawędzi egzystencji, np. mieszkańcom popegeerowskich wsi. Związanych z tanim, łatwo dostępnym dla młodych budownictwem mieszkaniowym - milion nowych mieszkań w ciągu pięciu lat. Przedstawiliśmy w tych sprawach kompletny program. Nie stać na to dużych partii, mieniących się lewicowymi. To samo dotyczy wielu innych kwestii, choćby z zakresu publicznej służby zdrowia czy naszej ostatniej kampanii, która odbiła się echem w całym kraju - na temat bezpłatnej komunikacji miejskiej. Prezentujemy pewną zwartą filozofię lewicowego myślenia, zasad i wartości, których podstawą jest wrażliwość społeczna, wspólnotowość oraz idea, że człowiek jest jeden dla drugiego, a nie jeden przeciwko drugiemu. Z tego względu nie znajdujemy dla siebie miejsca w dyskusji, którą obecnie zajmują się partie parlamentarne. Te ważne programowo elementy mogły stworzyć nową jakość na lewicy.

 

Nie widać nadziei na odrodzenie się lewicy w polskim parlamencie?

Niestety nie. Świadczą o tym bezsensowne spory personalne. Trudno mieć nadzieję, że lewica odrodzi się pod przywództwem Leszka Millera. Przecież jego koncepcje programowe runęły w gruzy i wcale nie chodzi o jego start z list Samoobrony, lecz o to, czy na czele lewicy może stać osoba, która mając realny wpływ na władzę, popierała podatek liniowy, uelastycznienie kodeksu pracy, agresje w Afganistanie i Iraku, zajmuje też kompromitujące stanowisko w sprawie torturowania więźniów CIA przetrzymywanych w Polsce. Z drugiej strony jest Ruch Palikota i sam Janusz Palikot, dla którego mam szacunek za jego dokonania w zakresie przełamywania pewnych stereotypów i barier w sferze wolnościowej. Zabrnął on jednak w ślepy zaułek, zupełnie nie rozumiejąc kwestii społecznych, czego dowodem była katastrofalna pomyłka w sprawie głosowania nad ustawą podwyższającą wiek emerytalny do 67 lat. Do ostatniego momentu usiłowałem przekonać Janusza Palikota do innego głosowania, ale presja jego klubu parlamentarnego spowodowała, że ten błąd został popełniony, a nadzieje na odbudowę polskiej lewicy na bazie tej formacji prawdopodobnie stracone. Palikot kalkulował, że ludzie szybko o tym zapomną, ale takich

rzeczy politykom się nie zapomina i nie wybacza.

 

Każdemu politykowi lewicy można zarzucić, że jest zbyt mało lewicowy. Tylko nic z tego nie wynika.

Gdyby to wszystko miało jeszcze wymiar jakiejś dyskusji, walki programowej ważnej ze względów społecznych, to OK - warto się temu poświęcać. Ale gdy dotyczy wyłącznie przepychanek personalnych, jaskiniowej walki o to, kto jest jedynym depozytariuszem "lewicowego ognia", przestaje mnie interesować, podobnie jak większość społeczeństwa. Taka lewica po prostu staje się zbędna.

 

Jednak Polska Partia Pracy pod pana przewodnictwem miała znakomite hasła, natomiast poparcie na poziomie 1%. Może w społeczeństwie po prostu nie ma zapotrzebowania na lewicę?

Bo społeczeństwo, nie tylko polskie, jest leniwe i woli oglądać "M jak miłość" czy "Na Wspólnej", niż brać udział w męczącej dyskusji o systemie emerytalnym, umowach śmieciowych czy niesprawiedliwości systemu podatkowego. Lubi blichtr i ładne opakowania. Dodatkowo jest poddawane systematycznemu rozbijaniu wszelkich więzi społecznych, wspólnotowości działania poprzez rozmaite mechanizmy. Najlepszym tego przykładem jest powszechność stosowania umów śmieciowych czy prywatyzacja systemu emerytalnego. Nieprzypadkowo mamy do czynienia z masowością tych umów, które służą nie tylko zwiększaniu wyzysku, ale przede wszystkim właśnie rozbijaniu więzi społecznych. Udało się także przekonać ludzi, że emerytura to ich prywatna sprawa, a nie wspólna, nas wszystkich. Taki egoizm myślenia narzucony społeczeństwu przez partie głównego nurtu, media i ośrodki lobbystyczne nie tworzy klimatu do popierania oferty programowej PPP.

 

Czyli wracamy do sprawy miałkości programowej...

Ogromną klęską środowisk lewicy w Polsce jest to, że nie wytworzyły własnej oferty programowej, lecz ograniczyły się do defensywnej, słabej reakcji na to, co robią prawica i liberałowie. Gdy jest jakaś ofensywa liberalna dotycząca zmian w kodeksie pracy, prywatyzacji usług publicznych czy dostępności mieszkań, to lewica na to: tu skorygujmy, tu poprawmy, tu przypudrujmy. To jest pisk, a nie głośny krzyk. Nie ma własnych pomysłów ani inicjatywy. Gdy środowiska liberalne mówią o prywatyzacji służby zdrowia, nie ma twardego sprzeciwu lewicy. Prywatyzacja systemu emerytalnego przeszła gładko, także z powodu przyzwolenia środowisk lewicowych, które uznały, że stary, solidarnościowy system się skończył, jest niewydolny i nie warto go bronić. A to nieprawda. Za tchórzostwo i lenistwo lewicy w tej sprawie zapłacimy jako społeczeństwo pracą do śmierci i groszowymi emeryturami z OFE, z których nie da się wyżyć. W kwestii budownictwa mieszkaniowego główne partie lewicowe również są za tym, że to rynek, czyli deweloperzy, ma decydować o ich cenie i dostępności, a ludzi można wyrzucać na bruk zupełnie wbrew lewicowemu i, zdawałoby się, normalnemu poglądowi, że prawo do dachu nad głową jest jednym z podstawowych praw człowieka i mieszkanie nie może być traktowane jak towar. Ta postawa oznacza klęskę lewicy. I w tym zakresie moje środowisko prezentowało bardzo konsekwentny, jednoznaczny program polityczny, ale niestety mamy do czynienia z sytuacją, w której nie można się przebić przez skorupę polskiej polityki.

 

Elementem tej skorupy są też parlamentarne partie lewicy?

Partie polityczne są finansowane z budżetu ogromnymi kwotami, które służązdobywaniu poparcia i mandatów w kolejnych wyborach, a to daje następne transze milionów złotych i tu już przestaje się liczyć wartość programowa. Ważne jest tylko, jak sprzedamy tę nijakość, miałkość, pustkę programową, po to jedynie, aby na chwilę przyciągnąć uwagę wyborcy - na dzień, godzinę, pięć

sekund. Do tego potrzebny jest nie program, ale event. Co robi dzisiaj SLD? Wydaje jakąś książeczkę o PRL. Rozumiem, gdyby coś takiego było elementem uzupełniania oferty programowej, ale jeżeli ma zastąpić miałkość programową, to jesteśmy w sytuacji katastrofalnej. Co zmieni "czerwona książeczka" w kwestii prawie 2 mln niedożywionych dzieci, marginalizacji bezrobotnych czy egzystencji ludzi, którzy dziś pracują na umowach śmieciowych, a jutro będą mieli śmieciowe emerytury? W ten sposób lewica nie odzyska zaufania ludzi ani rzeczy najważniejszej: żeby ludzie poczuli, że w ogóle jesteśmy do czegoś potrzebni. Dzisiaj jest niepotrzebna, bo nie umie programowo przeciwstawić się prawicowej ofensywie liberalnej, a jej działalność polityczna ogranicza się do drobnych korekt liberalnych pomysłów.

 

Żartując, można stwierdzić, że Lenin miał odpowiedź na pytanie, co robić. A u nas?

Trzeba wrócić do ciężkiej pracy mającej na celu odbudowę ruchu związkowego. Dlatego że nic bardziej nie demontuje kapitalizmu niż wywalczenie podwyżek dla kasjerek w supermarkecie. Nic bardziej nie uderza w neoliberalny porządek niż wywalczenie dla ludzi kodeksowych umów o pracę. A właśnie ruch związkowy jest szansą na to, by taką walkę skutecznie prowadzić. Bo tam zaczyna się nowe życie, czego dowodem jest wspólny strajk przeprowadzony na Śląsku, będący

wielkim sukcesem ruchu związkowego. I nie dlatego, że w ogóle wyszedł, że był sprawnie zorganizowany, lecz dlatego, że cieszył się ogromnym, powszechnym poparciem i akceptacją społeczną w regionie. Trzeba zwrócić uwagę na to, że wiele rzeczy dzieje się teraz poza sferą polityczną. Jestem, byłem i pozostanę zwolennikiem zaangażowania politycznego także działaczy związkowych, społecznych, ale na obecnym poziomie dyskusji politycznych nie widzę sensu poświęcania temu tyle czasu i sił, ile do tej pory. Dziś tocząca się dyskusja ubliża inteligencji normalnego człowieka. Jest nudna i jałowa.

 

 

A co dalej z Polską Partią Pracy?

PPP ma określoną markę. To dotyczy nie tylko kwestii programu, który przedstawialiśmy w kolejnych wyborach, a które wracają do dyskusji publicznej w większym wymiarze. Trzeba bowiem podkreślić, że podnoszone przez nas tematy z marginesu życia politycznego wchodzą dzisiaj do głównego nurtu, np. umowy śmieciowe czy podatek dla najbogatszych. Nie boję się o PPP, bo działa tam wielu młodych, ale już wartościowych ludzi, którzy będą potrafili iść tą drogą dalej. To ludzie, którzy zdobyli doświadczenie nie poprzez noszenie teczek za ministrem czy posłem bądź pokazywanie się w obiektywie kamery w otoczeniu starszego kolegi partyjnego. Oni nabrali doświadczenia i zbudowali swój system wartości w realnym działaniu.

 

Myśli pan, że receptą dla lewicy jest zmiana pokoleniowa?

Odbudowa polskiej lewicy to nie kwestia najbliższych dwóch, trzech lat. Też jestem człowiekiem poprzedniej epoki. Biorę na siebie część odpowiedzialności za klęskę transformacji ustrojowej po 1989 r. i porażki lewicy w Polsce. Czując odpowiedzialność za to, chcę dać szansę nowej jakości. I mam nadzieję przekonać do tego również tych, którzy mieli nawet więcej niż pięć minut w polityce i zmarnowali wszystkie możliwości. Te sprawy są zbyt ważne, żeby podchodzić do nich w sposób ambicjonalny. Jeśli nie będzie zmiany pokoleniowej na lewicy, polską polityką zaczną rządzić ludzie, którzy chodzą nocą z pochodniami. Bo lewica wydawaniem książeczek o PRL do młodego pokolenia nie trafi, a programowo jest w tyle i za środowiskami liberalnymi, i za nacjonalistycznymi.

 

Czyli nie zobaczymy Bogusława Ziętka na czerwcowym kongresie programowym lewicy?

Polską lewicę zdominowała kwestia kongresu "programowego". Kluczowymi postaciami mają być na nim trzej byli prezydenci: Jaruzelski, Wałęsa i Kwaśniewski. Niczym trzej królowie mają uświetnić narodziny nowego Chrystusa, tylko że tego nowego mesjasza lewicy nie widać. Przy całym, mniejszym lub większym szacunku dla byłych prezydentów - co z takiego zestawienia może

wynikać programowo dla człowieka, który ma 18 czy 28 lat? To jakiś kolejny humbug. Usiłuje się sprzedać bezideowość programową ubraną w ładne opakowanie. Nieustannie mamy do czynienia ze spektaklem, w którym liderzy polityczni - także ci lewicy - przedstawiają społeczeństwu babuszkę matrioszkę, w której po otwarciu jest kolejna babuszka matrioszka, potem następna, a na końcu - nic. Nie na to ludzie czekają. Chcą usłyszeć, co z ich miejscami pracy, warunkami zatrudnienia, przedszkolami, komunikacją publiczną, mieszkaniami, edukacją czy służbą zdrowia. Dziś np. najbardziej nurtującą kwestią dla milionów ludzi w Polsce jest to, czy Sejm przegłosuje wydłużenie okresu rozliczenia czasu pracy do 12 miesięcy i co będzie z ich wynagrodzeniem za pracę w godzinach nadliczbowych. Ale o tym na lewicy się nie mówi.

 

Jednak nawet na Facebooku widać, że te problemy budzą coraz większe zainteresowanie.

Tyle że o tym mówi się w środowiskach związanych z Piotrem Dudą lub narodowcami, ale nie w głównym nurcie lewicy. Tymczasem jeśli nie będzie rozwiązań programowych lewicy na miarę europejską, zobaczymy powrót do wampirzych rozwiązań poszukiwania winnych wśród "Żydów, cyklistów i pedałów". Tu trzeba iść w kierunku obliczonym na Europę wspólnych wartości programowych, ale mającą u podstaw głęboką lewicową wrażliwość na potrzeby tych, którzy są najważniejszą częścią społeczeństwa środowisk pracowniczych, szeroko rozumianego proletariatu, do którego dzisiaj zalicza się nie tylko robotnik przy maszynie, ale też kasjerka, student na śmieciówce czy pracownik wielkiej korporacji. Cała masa ludzi złapanych w pułapkę neoliberalizmu, polegającą na tym, że jak długo jesteś w stanie coś z siebie sprzedać, łącznie z własną krwią i nerką, jak długo spłacasz odsetki od kolejnych kredytów, tak długo jesteś przez ten system tolerowany. Ale gdy zabraknie tego, co jeszcze możesz sprzedać, lub powinie ci się noga, trafisz na śmietnik. Do tych ludzi trzeba dotrzeć. Dziś większe nadzieje na to daje odbudowa skutecznego w działaniu ruchu związkowego.

 

Obecna ofensywa związkowa to szansa na odbudowę lewicy czy element ofensywy PiS, co niektórzy zarzucają związkowcom?

Zarzuty kierowane do Piotra Dudy, że robi wszystko, by doprowadzić Kaczyńskiego do władzy, są o tyle uzasadnione, że jeżeli my wszyscy nie zaangażujemy się w ten rodzący się ruch protestu, to beneficjentem będzie właśnie PiS. Ale jeżeli się zaangażujemy, jeżeli to my nadamy ton...

 

My, czyli kto?

Społeczeństwo. To my możemy być beneficjentami tego protestu. Jeżeli przegramy, to na skutek własnej dezercji. Przeciw podniesieniu wieku emerytalnego protestowała garstka, choć dotyczyło to milionów ludzi, którzy siedzieli przed telewizorami. Wobec poprzednich działań "Solidarności" miałem bardzo konkretny zarzut, że nie wyszła szerokim frontem, mówiąc: organizacyjnie jesteśmy przygotowani i oddajemy nasze moce społeczeństwu, bez obnoszenia się ze sztandarem i szyldem, bo chodzi o wielką wartość społeczną. Jednak Duda i "Solidarność" wyciągnęli wnioski z tego błędu i dzisiaj już zupełnie inaczej konstruują działania - opierając się na szerokim ruchu społecznym. Przecież pomysł na zrzeszenie organizacji środowisk oburzonych to nie pomysł na oddanie władzy PiS. Tam jest tyle samo osób oburzonych na PO i PiS, co i na SLD. Dlatego warto przesunąć aktywność w stronę ruchu związkowego, działań społecznych, gdzie obecnie o wiele więcej się dzieje. Tam ferment programowy jest znacznie większy, ciekawszy i żywszy niż w "normalnej" polityce. Jeżeli PiS zwycięży, będziemy rozmawiać o wraku samolotu smoleńskiego, tyle że z innej perspektywy. Odwrócą się tylko bieguny. Uczestnictwo w czymś takim nuży większość społeczeństwa. Także mnie. Ale to będzie nasza wina. Wina braku zaangażowania, aktywności, działania.

 

Mówi pan, że potrzeba zmian, także prawnych, aby rozwiązać problemy ludzi. Przecież związek zawodowy nie ma możliwości zmiany prawa.

Nigdy nie zrezygnowaliśmy z tego, co było domeną ruchu związkowego, a więc protestów, obecności na ulicy czy w zakładach pracy. To, jak bardzo angażowaliśmy się politycznie, nie wpływało na zmniejszenie naszej aktywności w działaniach protestacyjnych, strajkowych. Nadal jesteśmy przekonani, że aktywność polityczna jest dopełnieniem aktywności związkowej czy społecznej. Mówię tylko tyle, że ja, Bogusław Ziętek, z takiej aktywności na poziomie politycznym - poprzez uczestnictwo w wyborach, poprzez kierowanie partią polityczną o nazwie Polska Partia Pracy - rezygnuję. Jednocześnie bardzo wyraśnie mówię o tym, że ludzie, którzy do tej pory tworzyli Polską Partię Pracy na płaszczyśnie politycznej, nadal będą aktywni. Prędzej czy później ruch związkowy i ludzie pracy, dziś pozbawiona prawa i reprezentacji większość społeczeństwa, wykrystalizują z siebie formę organizacyjną pozwalającą nam mieć wpływ na to, co się dzieje w kraju. Również w wymiarze stanowienia prawa i obecności w parlamencie. Będzie to dłuższa droga i zajmie więcej czasu niż rok czy dwa lata. Trzeba gruntownie się do tego przygotować, budując zaplecze społeczne. I temu chcę się poświęcić.

 

 

Rozmawiała Zofia Strug

 

 

Wybory