Ukraina: Rosyjska biała gwardia w Donbasie

01.07.2014

Ukraina: Rosyjska biała gwardia w Donbasie

Zbigniew Marcin Kowalewski

 

W Donbasie nie ma żadnej rewolucji ani żadnego ruchu masowego. Te istnieją jedynie w propagandzie mocodawców i zwolenników zbrojnego ruchu separatystycznego, kierowanego przez skrajnie prawicowych nacjonalistów. Importowani z Rosji, aspirują oni do restauracji imperium carskiego. Destabilizująca Ukrainę reinkarnacja białej gwardii i czarnej sotni ma poparcie na Kremlu, ale, jak się wydaje, budzi tam również lęk.

 

22 kwietnia br. Borys Kagarlicki przekonywał, że „pomyślnego powstania setek tysięcy, a może już milionów osób na wschodzie Ukrainy nie można wyjaśnić ingerencją Rosji”[1]. Powstanie setek tysięcy, a może milionów? Nawet rosyjska propaganda reżimowa dla zagranicy z Russia Today na czele jest po stokroć powściągliwsza. Na światowej lewicy niemal nikt nie zna języka rosyjskiego ani tym bardziej ukraińskiego, toteż chcąc wiedzieć, co się dzieje na Ukrainie, znajduje się ona w katastrofalnym położeniu. Aby nie zależeć od zachodnich mediów, jest skazana na anglojęzyczną propagandę reżimu putinowskiego i prorosyjskich (często „czerwono-brunatnych” i zwyczajnie brunatnych) „siatek antyimperialistycznych” oraz na to, co przetłumaczy jej na angielski Links – International Journal of Socialist Renewal. Ten zaś zapewnił rozgłos pismom Kagarlickiego o owym wielkim powstaniu masowym, którego nie ma. Duża część lewicy dała się nabrać na nie i udzieliła mu poparcia, podobnie jak wcześniej uwierzyła w „pucz faszystowski”, „faszystowską juntę” i „faszystowski terror” na Ukrainie. Część uczyniła tak z powodu dezorientacji, której zresztą sama jest sobie winna. Innej, całkiem sporej części – czy to po prostu poststalinowskiej, czy tej, która uważa, że z powodów geopolitycznych „trzeba wybrać swój obóz” – „powstanie” na wschodniej Ukrainie posłużyło za listek figowy, zasłaniający przejście na stronę imperializmu rosyjskiego.

 

Socjalimperializm i wyimaginowana rewolucja

 

Kagarlicki uchodzi w oczach sporej części zachodniej lewicy za czołowego dziś rosyjskiego myśliciela marksistowskiego, choć w jego wersji historii Rosji[2] nie ma miejsca dla ujarzmienia kolonialnego innych narodów, imperialistycznego panowania nad nimi, wielkoruskiego ucisku narodowego, dla „więzienia narodów” w czasach carskich, stalinowskich i poststalinowskich oraz dla walki narodów uciskanych o wyzwolenie narodowe. Nie ma zatem również ukraińskiej kwestii narodowej i historycznej walki narodu ukraińskiego o zjednoczenie i niepodległość. Dlatego niżej podpisany od ćwierćwiecza uważa go za ten rodzaj rosyjskiego socjalisty, który ongiś w oczach pewnego znanego wszystkim bolszewika zasługiwał na – bardzo mało wyszukane i nieeleganckie – miana „socjalnacjonalisty” i „socjalimperialisty”. Nic zatem dziwnego, że ostatnio, w ślad za rosyjską skrajną prawicą nacjonalistyczną i kierowanym przez nią ruchem separatystycznym, Kagarlicki zaczął nazywać południowo-wchodnią Ukrainę tak, jak nazywano ją za caratu – Noworosją – i imperialistycznym godłem „noworosyjskim” opatrzył swój portal rabkor.ru[3].

W toku kryzysu krymskiego Kagarlicki zasłynął nader oryginalną, bo błazeńską tezą, zgodnie z którą „nie było żadnych podstępnych knowań ani ambicji imperialnych” – to sam Krym siłą woli miejscowego ludu rosyjskiego i rezolutnością jego przywódców wymusił na wzbraniającym się Władimirze Putinie przyłączenie go do Rosji, a raczej „przyłączył do siebie Rosję”[4]. Links nagłośnił to pod tytułem „Krym anektuje Rosję”[5]. Później, gdy rosyjski ruch separatystyczny pojawił się na wschodzie Ukrainy, Kagarlicki uznał, że „na Ukrainie naprawdę dokonuje się rewolucja”. „To prawdziwie rewolucyjny przewrót, zachodzący w świadomości mas”, które „niespodziewanie nie tylko wyszły na ulicę, ale zaczęły działać samodzielnie, organizować się i tworzyć historię”[6].

Tworzyć zaczęły ją tak, jak tworzy się prawdziwą historię, twierdził Kagarlicki, to znaczy „w swoim ojczystym języku rosyjskim (który na przestrzeni byłego imperium był i pozostaje właśnie językiem klasy robotniczej)”. Jak widać, w oczach Kagarlickiego dziedzictwo kilkuwiekowej rusyfikacji na postkolonialnych peryferiach imperium jest klasową zdobyczą proletariatu. „Po raz pierwszy od wielu lat na przestrzeni byłego Związku Radzieckiego zaczyna działać klasa robotnicza”, zapewniał dalej Kagarlicki. „A jeśli o świadomości klasowej na razie za wcześnie byłoby mówić, to konfrontacja klasowa już stała się rzeczywistością.”[7]

Ponieważ wybuchła rewolucja, pilnie potrzebna jest jej strategia, stwierdził Kagarlicki. Bez niej ani rusz. Tymczasem „współczesne rosyjskie elity polityczne w zasadzie są niezdolne myśleć strategicznie”[8]. Jest tak dlatego, że „w rosyjskim kierownictwie nie siedzą politycy, lecz biurokraci i piarowcy, którzy po prostu nie mają ani doświadczenia, ani skłonności do podejmowania ryzykownych decyzji, radykalnie zmieniających sytuację. Nikt z nich nawet sobie nie wyobraża, jak należy działać w warunkach kryzysów na wielką skalę i rewolucji.”[9]

Co więcej, sposób działania samego ruchu „rewolucyjnego” na wschodniej Ukrainie „nie stwarza warunków do przełomu strategicznego”. Jego „działania opierają się na określonym widzeniu sytuacji, które w pełni organicznie jest właściwe nie tylko przywódcom ruchu, ale przede wszystkim znacznej części samych mas wschodnioukraińskich. Powstańcy są przekonani, że po prostu należy utrzymać się przez pewien czas, a potem na pomoc przyjdzie Rosja, a jeśli to nie dokona się w formie bezpośredniej interwencji wojskowej, to znaczy, że znajdzie się jakaś inna forma. Niestety, każdy dzień upływający od początku powstania pokazuje, jak bardzo złudne są to nadzieje.”[10]

Kagarlicki starał się zatem wypełnić tę podwójną lukę: pouczyć ruch separatystyczny, jak należy tworzyć warunki nieodzowne do „przełomu strategicznego”, który „rewolucji” utoruje drogę do zwycięstwa. „Władze rosyjskie, starając się lawirować i grać na zwłokę, po prostu ryzykują przeoczenie momentu przełomu strategicznego”. Dlatego „po to, aby inicjatywa strategiczna znalazła się w oczach powstańców, nieodzowne jest nie czekać na decyzje Kremla, lecz – na odwrót – swoimi działaniami stwarzać nową sytuację, która przesądzi o tychże decyzjach. Przełom w rozwoju walki na Południowym Wschodzie Ukrainy dokona się tylko wtedy, gdy do ruchu przyłączą się największe ośrodki regionalne, a przede wszystkim Charków i Odessa.”[11]

 

„Republiki ludowe” z oligarchicznej inspiracji

 

Rzecz jednak w tym, że „rozszerzenie bazy społecznej powstania” (które, przypomnijmy, i tak ogarnęło „setki tysięcy, a może już miliony osób”) „zależy od jego programu”. Powinien być to „antyoligarchiczny program społeczny”, ale, zastrzegł się Kagarlicki, wcale nie „jednoznacznie lewicowy lub socjalistyczny – wystarczy wezwać do nacjonalizacji własności tych oligarchów ukraińskich, którzy otwarcie związali się z władzą kijowską.”[12] Innymi słowy powinien być to program przystosowany do nacjonalistycznego charakteru „noworosyjskiego” ruchu separatystycznego, który Kagarlicki w swoich pismach przemilczał, ale o którym – jak widać – dobrze wiedział. Pomysł takiego programu spalił jednak na panewce – explicite odrzucił go „premier Donieckiej Republiki Ludowej” Aleksandr Borodaj. W wywiadzie udzielonym 31 maja RIA Nowosti wyjaśnił, co władze tej „republiki” rozumieją przez nacjonalizacje. „Nacjonalizacje będą – tych przedsiębiorstw, które dotychczas uważano za własność Ukrainy. One po prostu przechodzą z rąk do rąk. To, co było państwowe, będzie państwowe w Donieckiej Republice Ludowej. To naturalne i logiczne.” A przedsiębiorstwa Rinata Achmetowa? „O ich nacjonalizacji nie ma mowy. Nie mamy nic wspólnego z komunistami, którzy coś tam łapią i nacjonalizują. Szanujemy prawo własności prywatnej.”[13]

Nic zatem dziwnego, że Kagarlicki przemilczał również inny niezwykle ważny i związany z tym fakt: to, że od początku ruch ten miał poparcie Achmetowa, największego oligarchy Donbasu, a nawet został przez niego zainspirowany. Było o tym wiadomo, gdy Kagarlicki pisał o wybuchu rzekomej rewolucji na wschodzie Ukrainy. W każdym razie kto chciał, to wiedział, choćby od znanego niezależnego dziennikarza rosyjskiego, Aleksandra Koswincewa, który siedem lat temu, z powodu prześladowań putinowskich (i poważnej obawy o swoje życie), poprosił o azyl polityczny na Ukrainie i uzyskał tam obywatelstwo. 10 kwietnia Koswincew umieścił Achmetowa na swojej liście „top-10 współczesnych zdrajców ukraińskich”. „W rodzinnych okolicach pana Achmetowa separatyści nie tylko się nie uspokoili, ale niedawno przystąpili zawzięcie do realizacji secesjonistycznego planu Kremla”, pisał Koswincew. „Czy ktoś uwierzy, że «hospodar» regionu nie bierze w tym udziału?”[14]

Później, 12 maja, potwierdził to w całej rozciągłości Paweł Gubariew, były pięciodniowy (od 1 marca) „gubernator ludowy” Doniecka. Wyszedł on właśnie z więzienia ukraińskiego i w wywiadzie dla prasy rosyjskiej opowiedział o tym, jak zaczęła się ta „rewolucja” – jaką rolę odegrała w niej oligarchiczna Partia Regionów obalonego prezydenta Wiktora Janukowycza. „We wszystkich miastach zaczęli pojawiać się przywódcy tzw. ochotniczej milicji ludowej. I partia władzy, oligarchowie nasi wschodni”, wyznał bez ogródek Gubariew, „zaczęli pracować z aktywistami ochotniczej milicji ludowej. Okazało się, że dwie trzecie tych aktywistów jest już na utrzymaniu oligarchy Achmetowa. Bardzo niewielka grupa osób pozostała wierna idei, ale mimo to brała pieniądze. Pieniądze brali wszyscy! (…) W tych warunkach oni wszyscy się zaprzedali. Tych, którzy się nie zaprzedali, czy to zmarginalizowano, czy zdyskredytowano, czy też zastraszono”[15], a nawet wydano w ręce Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU): taki los spotkał Gubariewa.

Władze „Donieckiej Republiki Ludowej” nie kiwnęły następnie palcem, aby go uwolnić. Uczynił to dopiero Striełkow, komendant separatystów w Słowiańsku, wymieniając na niego wziętego do niewoli oficera ukraińskiego. Dlatego Gubariew, mszcząc się za zdradę, której ofiarą padł, ujawnił kluczową rolę Achmetowa w narodzinach ruchu separatystycznego. Dziś mówi o tym otwarcie wielu działaczy oraz zwolenników, obserwatorów i komentatorów ruchu separatystycznego – np. Anatolij Niesmijan „El-Murid”, proseparatystyczny analityk polityczny z Petersburga, znany ze swoich (skądinąd nie bardzo zagadkowych) koneksji libijskich i syryjskich. Na Rosyjskiej Wiośnie, półoficjalnym portalu separatystów, pisze on o Achmetowie, że „Doniecka Republika Ludowa była jego projektem” i że teraz, gdy się od niej (rzekomo) odwrócił, „powinna pokazać, iż zdolna jest przetrwać również bez Achmetowa, a jeśli to konieczne, nawet wbrew niemu.”[16]

 

Co ujawnił „minister obrony” Striełkow

 

17 maja br. płk Igor Striełkow wydał dramatyczną odezwę do „obywateli Donieckiej Republiki Ludowej”. Kilka dni wcześniej został „głównodowodzącym sił zbrojnych” (zazwyczaj zwanych przez samych separatystów opołczenijem, tj. milicją ochotniczą) i „ministrem obrony Donieckiej Republiki Ludowej”. Naprawdę nazywa się Igor Girkin, jest obywatelem Rosji, a jego nieoficjalny zawód to rzemiosło wojenne na kresach „Ruskiego Świata” i świata prawosławnego. Ma za sobą cztery wojny: w Mołdawii, po stronie nacjonalistów rosyjskich z Naddniestrza, w Bośni, po stronie nacjonalistów serbskich i w Czeczeni, gdzie uczestniczył w obu wojnach, w szeregach armii rosyjskiej. Centrum Ochrony Praw Człowieka „Memoriał” w Moskwie oskarża go, że podczas drugiej wojny w Czeczeni popełnił zbrodnie przeciwko ludzkości[17]. Brał również udział w aneksji Krymu. Do Donbasu przyjechał z Rosji – zgodnie z ustaleniami Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, granicę przekroczył 12 kwietnia. Odezwa wywołała sensację wśród tych wszystkich, którzy samodzielnie śledzili działalność rosyjskiego ruchu separatystycznego we wschodniej Ukrainie. W ciągu niespełna 48 godzin obejrzało ją na YouTube milion osób rosyjskojęzycznych[18]. W świat – ten nierosyjskojęzyczny – do dziś jednak nie poszła.

„Muszę powiedzieć wam prawdę. Prosto w oczy!”, oświadczył Striełkow. „Minął już ponad miesiąc odkąd my, maleńka grupa ochotników z Rosji i Ukrainy, usłyszawszy wezwanie o pomoc, które zabrzmiało z ust wysuniętych przez was przywódców protestu, przybyliśmy tu i w walce zbrojnej stawiamy czoło całej armii ukraińskiej”, mówił dalej. „W ciągu minionego miesiąca wielokrotnie słyszeliśmy rozpaczliwy apel: Dajcie nam broń! Dajcie broń, abyśmy mogli walczyć o swoją wolność!” Broń, stwierdził dalej Striełkow, już jest. „Znajduje się na przedniej rubieży walki – w oblężonym mieście Słowiańsku. Tu jest! Tu, gdzie najpotrzebniejsza. Tu, gdzie ochotnicy osłaniają sobą cały pozostały Donbas – i Donieck, i Ługańsk razem wzięte.”

A tymczasem… „Co widzimy? Wszystko, czego dusza zapragnie, tylko nie tłumy ochotników u bram naszych sztabów. Słowiańsk ma 120 tysięcy mieszkańców. Kramatorsk – dwukrotnie więcej. Ogółem w obwodzie donieckim mieszka cztery i pół miliona osób. (…) Uczciwie przyznaję, że zupełnie nie spodziewałem się, iż w całym obwodzie nie znajdzie się nawet tysiąca mężczyzn gotowych ryzykować życiem nie u siebie w mieście na sąsiadującej z domem barykadzie, skąd do najbliższego żołnierza [ukraińskiej] Gwardii Narodowej trzeba jechać samochodem pół dnia, lecz na przedniej linii – tam, gdzie naprawdę codziennie strzelają.”

„Kiedy jeszcze przebywałem na Krymie, słyszałem od aktywistów ruchu ludowego opowieści o tym, że «gdy powstaną górnicy, oni wszystkich rozerwą gołymi rękami!». Być może kiedyś tak było. Na razie tego nie widać. Dziesiątki i setki stanęły w naszych szeregach i walczą. Dziesiątki i setki tysięcy spokojnie przyglądają się temu na ekranach telewizorów, popijając piwko. Widocznie czekają na to, jak z siostrzanej Rosji wkroczy armia zdolna wszystko zrobić za nich albo przyjedzie dostateczna liczba nieustraszonych ochotników, gotowych umierać za ich prawo do życia godniejszego od tego, które wiedli oni przez 23 lata pod władzą nacjonalistów kijowskich. Gdzie te 27 tysięcy ochotników, o których piszą dziennikarze? Ja ich nie widzę.”

„W naszych ochotniczych szeregach jest coraz więcej mężczyzn «grubo po czterdziestce», którzy wyrośli i wychowali się jeszcze w czasach ZSRR. Lecz bardzo mało młodzieży. Gdzie oni wszyscy – ci miejscowi młodzi i zdrowi chłopcy? Być może w tych bandyckich «brygadach», które czując, że zapanował bezład, rzuciły się «grabić zagrabione» i szerzyć bezprawie po miastach i wsiach całej Doniecczyzny? Tak, codziennie dochodzą do nas wieści o ich kolejnych «zwycięstwach». Wielu niedoszłych «ochotniczych milicjantów» żąda broni, przede wszystkim po to, aby bronić własnych domów przed bandytami i przestępcami. Cóż, ich życzenie jest uzasadnione. Rodzi się jednak pytanie: a jak komendanci ochotniczej milicji mają zorientować się, kto przyjechał do nich po broń? Uczciwy obywatel czy kolejny bandyta, ufarbowany na «donieckiego patriotę»? Odpowiedź, której udzielamy, po prostu brzmi tak: za «ochotniczego milicjanta» będziemy uważać tylko tego, kto osobiście, w składzie pododdziału bojowego, weźmie bezpośredni udział w bojach z wojskami junty i uczyni to w tym miejscu i w tym czasie, które za nieodzowne uznają jego dowódcy! Dlatego, że bez dyscypliny niczego nie będzie! Nie tylko zwycięstwa, ale i porządku! Jeśli każdy będzie «wojować» tam, gdzie mu się zachce i tyle, ile mu się zechce, to doniecka milicja ochotnicza szybko zamieni się w coś pośredniego między szajką rozpasanych dezerterów a bandą atamana Anheła[19]. Lecz tak się nie stanie! Tylko ci, którzy wykażą się w bojach z nieprzyjacielem i wywiążą się z innych zadań bojowych, uzyskają prawo zaprowadzania porządku we własnym domu, w szeregach milicji ochotniczej! A my zaprowadzimy porządek – nie miejcie co do tego wątpliwości! Niech ci wszyscy, którzy dziś plądrują magazyny i przedsiębiorstwa, handlują narkotykami i po prostu grabią bezbronną ludność, nie liczą na to, że «gra toczyć się będzie zgodnie z dotychczasowymi zasadami», a «wojna wszystko zatrze». Nadszedł koniec bandyckiego Donbasu! Nowa władza zaoferuje wszystkim możliwość odżegnania się od przestępczego rzemiosła, ale tym, którzy nie zechcą z niej skorzystać, będzie dany realny odpór. Taki odpór, od jakiego nikomu nie uda się wykupić żadnymi pieniędzmi! Zgodnie z prawami czasu wojny!”

„Wracam do głównego tematu. Ziemi donieckiej potrzebni są obrońcy, a milicji ochotniczej – zdyscyplinowani żołnierze-ochotnicy. Jeśli mężczyźni do tego się nie nadają, trzeba będzie powołać kobiety. Dziś rozkazałem, aby przyjmować je do milicji ochotniczej. Szkoda, że wśród kobiet w ogóle nie ma oficerów. Ani w służbie czynnej, ani w rezerwie. Co to jednak za różnica, jeśli mężczyźni-oficerowie do nas w ogóle się nie zgłaszają? Dotychczas w całym obwodzie nie znalazło się paru dziesiątków zawodowych wojskowych, którzy byliby gotowi dowodzić wojującymi pododdziałami! Wstyd i hańba! Od dwóch tygodni proszę, aby przysłano mi kogoś, kto mógłby zostać szefem sztabu i choćby z pięć osób nadających się na dowódców drużyn i plutonów. Cisza! Nie ma ani jednego!”[20]

 

„Inercja amorficznej masy” i białe gwardie z czarnymi sotniami

 

Alesandr Żilin, rosyjski dziennikarz ultranacjonalistyczny, kierownik działu problemów bezpieczeństwa w tygodniku Moskowskije Nowosti i komentator wojskowy Radia Swoboda, podjął się ostatnio „wyjaśnienia, dlaczego wprowadzenie wojsk [rosyjskich] na Ukrainę byłoby niecelowe i po prostu głupie.” Napisał: „Na szczęście, lepiej niż ja z zadania tego wywiązał się przywódca ruchu oporu w Słowiańsku, Igor Striełkow, który w swojej wideoodezwie bardzo precyzyjnie opisał inercję miejscowej ludności Ługańska i Doniecka w sferze realnych działań w obronie jej interesów.”[21]

W podobnym duchu wypowiada się inny rosyjski obserwator – również zwolennik separatystów. „Broni na Południowym Wschodzie Ukrainy – kupa, chyba tylko nie ma lotnictwa. Na składach są nawet czołgi – po prostu trzeba je należycie rozkonserwować. Tylko nie ma kto tego zrobić. Prawda jest prosta i banalna – miejscowi wojować nie pragną i nie chcą. Nawet nie chcą zbytnio pomagać, gdyż boją się, że później to im bokiem wyjdzie. A ochotnicy rosyjscy wiele nie zwojują. Nie ma żadnego «powstańczego Donbasu», jest garstka nieugiętych ludzi, gotowych stać do końca – i amorficzna masa, co najwyżej zdolna postawić krzyżyk na karcie.”[22] Na karcie do głosowania w „referendum” przeprowadzonym przez separatystów.

To tyle, jeśli chodzi o zmyślone przez Kagarlickiego i propagowane przez Links „pomyślne powstanie setek tysięcy, a może już milionów osób na wschodzie Ukrainy”.

Co to za jeden, ten Striełkow? „Uważam się za ideowego stronnika monarchii samowładnej w Rosji”[23], wyjaśnia on sam. „W moim głębokim przekonaniu do dziś w Rosji istnieje władza bolszewicka. Tak, ona zmieniła się nie do poznania. W swojej istocie pozostaje jednak niezmienna: pod względem orientacji antyruskiej, antypatriotycznej, antyreligijnej. W jej szeregach znajdują się potomkowie w linii prostej tych samych ludzi, którzy «robili» rewolucję 1917 r. Po prostu się przefarbowali, ale istoty nie zmienili. Po odrzuceniu ideologii, która przeszkadzała im w bogaceniu się i rozkoszowaniu dobrami materialnymi, pozostali u władzy. A proces bezpośredniego wyniszczania narodu ruskiego (i innych rdzennych ludów Cesarstwa Rosyjskiego) trwa przy zastosowaniu innych środków, ale tak «pomyślnie», że aż strach. W 1991 r. nastąpił przewrót. Kontrrewolucja dotychczas się nie dokonała.”[24] „Aby ratować sytuację, w Rosji potrzebna jest ZASADNICZO NOWA Biała Sprawa.”[25] Nowa – wyjaśnia Striełkow – dlatego, że „znaczna część ludności instynktownie przyjmuje ideologię Białego Ruchu z wrogością. Nieść ją w masy w «czystej postaci» znaczyłoby z góry skazywać się na klęskę.”[26]

„Z władzą obecną chyba tylko Wielki Honduras można zbudować tam, gdzie dawniej była Wielka Rosja. Mam wrażenie, że to w pełni już się udało.”[27] „Władza [ta] jest takim samym wrogiem Wielkiej Rosji jak i «opozycja». Oni sami doszli do władzy przy pomocy Zachodu i nie chcą oddać jej jego nowym «wybrańcom».”[28] „Wszystkie «wybuchy» niezadowolenia w Moskwie i Pitrze finansuje się potajemnie z zagranicy. Oczywiście, swoim marionetkom Zachód nie daje wprost «pieniędzy na rewolucję». Dają je miejscowi («demokratycznie nastawieni») oligarchowie-sponsorzy… dlatego, że ich interesy są nierozłącznie związane z żydowsko-anglosaskim kapitałem międzynarodowym, którego filię stanowią.”[29]

Tę orientację polityczną podziela Aleksandr Borodaj, którego Striełkow wezwał z Rosji i uczynił „premierem Donieckiej Republiki Ludowej”. Ruch separatystyczny na Ukrainie, któremu obaj przewodzą, to – zgodnie z ich strategią – zbrojnie zarzewie rosyjskiej kontrrewolucji monarchistycznej, nierozerwalnie połączonej z odbudową imperium i z „rewolucją religijno-polityczną, która może ocalić ludzkość przed degradacją i wymarciem, stawiając za cel jej rozwoju wartości duchowe, transcendentne, dążenie do boskości”[30] Borodaj, syn filozofa, zwolennika myśli Lwa Gumilowa[31] i działacza nacjonalistycznego, sam też jest bojowym ideologiem skrajnej prawicy.

„Wydaje się, że do roli inicjatorów rewolucji religijnej nadajemy się tylko my – Rosjanie”, twierdzi Borodaj. „Przecież, jeśli wierzyć Gumilowowi, nasz superetnos jest jeszcze bardzo młody i choć w ciągu kilku wieków zużył wielkie zasoby na stworzenie superpaństwowości (Trzeci Rzym – Cesarstwo Rosyjskie – ZSRR), potrafi jeszcze znaleźć w sobie siły konieczne do podjęcia wyprawy krzyżowej w imię wyższych wartości duchowych. (…) Rewolucja religijna to nieuchronna wojna ze złem, przy czym jest to wojna bezkompromisowa, bezlitosna. Czy naród ruski jest zdolny do takiego czynu? I jakie będą kontury tej przyszłej rewolucji religijnej – czy na jej sztandarach i chorągwiach będą widnieć krzyże prawosławne i inne symbole chrześcijańskie?”[32] W „konstytucji Donieckiej Republiki Ludowej” Borodaj i Striełkow umieścili, skopiowany dosłownie z Ustaw Zasadniczych Cesarstwa Rosyjskiego z 1906 r., zapis głoszący, że „przewodnią i panującą wiarą” w tej republice jest wiara prawosławna oraz zapisali, że wiara ta „jest osnową osnów Ruskiego Świata”. Zaznaczyli, że chodzi o wiarę „wyznawaną przez Rosyjski Kościół Prawosławny (Patriarchat Moskiewski)”[33]. Na Ukrainie działają również inne Kościoły, w tym ukraińskie Kościoły prawosławne.

Z ukraińskich peryferii kontrrewolucyjna rewolucja ma rozszerzyć się na cały „Ruski Świat” i doprowadzić do restauracji „Rosji historycznej” – tej carskiej. We wspomnianej „konstytucji” Borodaj i Striełkow ogłosili „stworzenie suwerennego niepodległego państwa, zorientowanego na restaurację jednolitej przestrzeni kulturowo-cywilizacyjnej Ruskiego Świata, na gruncie jego tradycyjnych wartości religijnych, społecznych, kulturalnych i moralnych, z perspektywą wejścia w skład Wielkiej Rosji jako aureoli [sic] terytoriów Ruskiego Świata”[34]. A co z resztą Ukrainy, gdy ta również padnie, w ślad za „Noworosją”? Cała Ukraina, twierdzą Borodaj i Striełkow, ma wraz z Rosją i Białorusią „znów połączyć się w jednolite zdolne do życia państwo ze słowiańskim jądrem narodowym”[35]. Moskiewski socjalista Kagarlicki tylko pozornie jest dla niej łaskawszy niż rosyjska skrajna prawica. Twierdzi, że „być może za pewien czas znów ujrzymy państwo ukraińskie nie podzielone frontami wojny domowej”, lecz „droga do utworzenia takiego państwa prowadzi przez wojnę domową. Ukraina znów stanie się jedna tylko wtedy, gdy siły powstańczego Południowego Wschodu wzniosą swoje chorągwie nad Kijowem.”[36] Już wiadomo, jakie to chorągwie.

W Rosji, w oczach skrajnej prawicy nacjonalistycznej, faszystowskiej i neostalinowskiej, Striełkow stał się już bohaterem narodowym. „Striełkow jest podobny do legend Wojny Domowej – do generała Korniłowa i admirała Kołczaka”. Tak pisze się o nim w ultrareakcyjnym tygodniku Zawtra, z którym on i Borodaj są od dawne związani. „Z takim komendantem rosyjskie będą nie tylko obwody doniecki i ługański, ale cały południowy wschód, Charków, Odessa, Kijów i cała Ukraina.”[37] Tymczasem sam Striełkow wcale nie pracuje nad tym, jak podbić Kijów i całą Ukrainę, lecz przyznaje publicznie, że przegra bez rosyjskiej interwencji wojskowej, o którą rozpaczliwie apeluje w publicznych oświadczeniach. „Skąd ma u nas brać się optymizm? Z własnych małych sukcesów? One są czysto taktyczne, a pod względem strategicznym już dawno zaczęliśmy przegrywać. W podejściu wyższych urzędników rosyjskich do kwestii wsparcia Noworosji widzę jawny sabotaż.” Striełkow pisał to 16 lipca. „Jeśli nie będzie wsparcia wojskowego, klęska wojskowa Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych stanie się nieuchronna.”[38]

Tymczasem rosyjskie reżimowe kanały telewizyjne milczą o Striełkowie. Dlaczego? Dlatego, że Putin boi się jego powrotu do Rosji po przegranej kampanii wojennej na Ukrainie. Tak twierdzi Borys Niemcow, jeden z najwybitniejszych przywódców liberalnej opozycji antyputinowskiej. Co do tego, że Striełkow i jego „milicja ochotnicza” przegrają, Niemcow nie ma wątpliwości. „Wcześniej czy później wojna ta zakończy się i Striełkow ze swoimi towarzyszami broni będzie zmuszony powrócić do Rosji. Oczywiście, bojownicy jego «milicji» już dziś są świadomi, że Putin ich zdradził i jest rzeczą całkiem zrozumiałą, że przyjadą do Rosji wściekli. Przecież Kreml nie tylko nie przyłączył Donbasu do Rosji, ale nawet nie wprowadził tam wojska.” „Putin to zdrajca, szubrawiec i kanalia” – zdaniem Niemcowa, „tak właśnie widzą Putina ludzie wojujący w Donbasie”. Po ich powrocie „lud może poprzeć właśnie «bohaterskich milicjantów», o których tak wiele mówiły rosyjskie media”, a oni „chyba nie będą patyczkować się z moskiewskimi zdrajcami”.[39]

 

Artykuł ukazał się 30 czerwca 2014 r. we francuskim dzienniku internetowym Mediapart.



[2]Zob. B. Kagarlicki, Imperium peryferii: Rosja i system światowy, Warszawa, Krytyka Polityczna 2012.

[10]Tamże.

[11]Tamże.

[12]Tamże.

[13]http://dnrepublic.at.ua/news/ria_novosti_124_polnaja_versija_intervju_s_premer_ministrom_dnr/2014-05-31-242O tym, że separatystom chodzi o tak właśnie pojęte „nacjonalizacje”, pisałem wcześniej w artykule Ukraińscy działacze robotniczy o sytuacji w Donbasie, http://www.wzz.org.pl/posty/donbas

[19]Podczas rewolucji na Ukrainie Jewhen Anheł (1897-1919) dowodził niezależnym ukraińskim oddziałem partyzanckim, który odmówił podporządkowania się władzom wojskowym Ukraińskiej Republiki Ludowej, kierowanej przez Symona Petlurę, i na własną rękę prowadził walkę z Armią Czerwoną.

[28]Tamże.

[31]Lew Gumilow (1912-1992), rosyjski myśliciel, stworzył ultraprawicową historiozofię opartą na „pasjonarnej teorii etnogenezy”, która stanowi pseudonaukowe uzasadnienie rasizmu kulturowego, w tym zwłaszcza antysemityzmu, oraz wojen ludobójczych między „systemami etnicznymi”, pojmowanymi jako całości biologiczne. „Superetnos” i tworząca się na stykach „superetnosów” pasożytnicza „chimera etniczna” to typowe dla tej teorii kategorie. Choć w Rosji demokratyczne środowiska świata nauki poddają ją druzgocącej krytyce, robi ona zawrotną karierę na wielu uniwersytetach i w społeczeństwie. Ma licznych zwolenników w środowiskach skrajnej prawicy.

[34]Tamże.

Wybory